W kraju, w którym wysokie podatki i rozrośnięta biurokracja zniechęca młodych ludzi do przedsiębiorczości, próbuje się ich do niej zachęcać innymi, niż systemowe, metodami. Temu ma służyć coroczny Światowy Tydzień Przedsiębiorczości. W ramach Tygodnia, miałem zaszczyt poprowadzić lekcję ekonomii dla uczniów Liceum Ogólnokształcącego w Pułtusku.

Wedle informacji inicjatorów, w ramach Tygodnia Przedsiębiorczości w całej Polsce odbyło się 660 wydarzeń dla młodych przedsiębiorczych. We wszystkich 135 państwach natomiast odbyło się 20 tys. spotkań, w których brało udział 7 milionów ludzi. Wśród tych milionów – nauczyciele i uczniowie założonego w pierwszej połowie XV wieku, pułtuskiego Liceum Ogólnokształcącego im. Piotra Skargi. Liceum, w którym wykładał sam Piotr Skarga i które miało zaszczyt gościć takie postacie jak król Zygmunt III Waza, czy Jan Kochanowski.

Ponieważ wszelka przedsiębiorczość musi zmierzyć się z prawami ekonomii i odpowiednio je wykorzystać, trzeba je najpierw dobrze poznać, by podjęta przez nas działalność nie była tułaczką dziecka we mgle. Organizatorzy: Maksymilian Zaręba, Adrian Grzelakowski oraz Kinga Kozłowska postanowili więc zaprosić mnie do poprowadzenia lekcji podstaw ekonomii.

Ekonomia kojarzy się z nudnymi rachunkami, danymi o eksporcie i imporcie, enigmatyczną inflacją i jeszcze bardziej obco i nieprzyjemnie brzmiącą deflacją; z wykresami, stopami procentowymi, giełdą, Radą Polityki Pieniężnej, zawiłościami prawnymi i innymi, przyprawiającymi o lądową wersję choroby morskiej, sprawami. Tymczasem podstawowe prawa ekonomii mówią o tym, dlaczego puszka coli kosztuje w sklepie akurat 2 zł i dlaczego na pustyni jej cena może wzrosnąć stokrotnie mimo, że to nadal ta sama puszka, w którą włożono tyle samo pracy. Ekonomia wyjaśnia, dlaczego rząd nie może uczynić naszego kraju bogatym drukując po prostu pieniądze. Mówi o tym, czym pieniądz w ogóle jest i co sprawia, że ktoś oddaje nam samochód za plik nadrukowanych papierków. Wskazuje, że – zanim powstały monety – walutą były kiedyś muszle, ryż, sól czy nawet gwoździe! Wyjaśnia, jak to się dzieje, że choć nie ma człowieka, który wiedziałby, jak od początku do końca wyprodukować komputer, czy samochód – ten jednak powstaje. Rozprawia się z zagadką, z którą nie mógł sobie poradzić Arystoteles: dlaczego woda, która jest niezbędna do życia, jest tania, podczas gdy diamenty są bardzo drogie, choć można się bez nich obejść. Pokazuje, że drwal w Oregonie, który ścina drzewo cedrowe, służy uczniowi ze Śląska, który potrzebuje ołówka mimo, że nie wie nawet o jego istnieniu!

Słowem: ekonomia rozumiana odpowiednio, to znaczy rozumiana jako nauka o towarzyszącej nam codziennie magii, nie musi być nuda, co postanowiłem wykorzystać na spotkaniu z uczniami w Pułtusku. Aby otworzyć młodym ludziom oczy na tę magię, najlepiej pokazać, że przejawia się ona nawet w tak zwykłym elemencie naszej codzienności, jakim jest ołówek. Jako pierwszy uczynił to w ubiegłym wieku amerykański ekonomista i przedsiębiorca Leonard E. Read w swoim słynnym opowiadaniu „Ja, Ołówek”.

Pokazuje ono, jak bardzo skomplikowanym wbrew pozorom procesem jest produkcja nawet tak prostego przyrządu. Fragmentaryczny opis wyprodukowania samego lakieru, którym ołówek jest pomalowany, czy rysiku, w którego skład wchodzą substancje uzyskiwane na różnych kontynentach uświadamia nam, że nie da się wyprodukować go nie tylko w jednej fabryce, ale nawet w jednym kraju. Co więcej, nie ma na świecie osoby, która posiadałby całą wiedzę o tym, jak ołówek powstaje. A jednak powstaje – w ogromnym, działającym ponad państwami przedsiębiorstwie, pozbawionym czyjegokolwiek nadzoru z góry. Przedsiębiorstwo to produkuje pod nadzorem jedynie mechanizmów ekonomii, takich jak popyt, podaż i określony ceną zysk. Zysk, który jest sygnałem, co robić, by odpowiednio spełniać społeczne potrzeby.

Uczniowie żywo reagowali na obrazowe wyjaśnienie prawa wspomnianego popytu i podaży. Wyjaśnienie znów na przykładzie ołówka. Gdyby nagle w całej Polsce, za sprawą magicznego zaklęcia, pozostało kilka tylko ołówków, ich cena ogromnie by wzrosła. Ludzi chcących mieć ołówek bowiem byłoby nadal wielu (popyt), ale ołówków już bardzo mało (podaż). Ludzie zabiegaliby o kupno ołówka, prześcigając się w oferowanych kwotach, windując nadzwyczajnie cenę. Krótko mówiąc: wartość ołówka nagle by wzrosła, bo posiadanie ołówka byłoby czymś naprawdę ekstra! Każda dziewczyna chciałaby mieć chłopaka, który posiada ołówek. – Hej, piękna… chciałbyś pobawić się moim ołówkiem? – salwa śmiechu zgromadzonych na auli licealistów po zadaniu tego pytania wskazywała, że obrana droga do ich uwagi okazała się tą właściwą.

Znudzone bezbarwnymi nieraz lekcjami twarze najłatwiej bowiem zaciekawić osadzając ekonomiczne treści w tematach dla licealistów najbardziej żywotnych. Wyjście na randkę z dziewczyną do kina jako przykład konsumpcji z jednej strony i kupno karnetu na siłownię, by po kilku miesiącach zaimponować naszej skrywanej miłości atletyczną sylwetką, jako przykład inwestycji z drugiej. Oto znakomite nośniki definicji, które z definicji wręcz, w standardowej formie, są po prostu nudne. A nie ma przecież większego wroga procesu nauczania, niż nuda właśnie.

Po lekcji ciepłe słowa nie tylko uczniów, ale i grona pedagogicznego oraz pozytywne komentarze w internecie, stanowiły dla mnie doskonałe, bezwalutowe wynagrodzenie za wzięcie udziału w tym przedsięwzięciu i są jasnym sygnałem, że na rynku wiedzy jest potrzeba, na którą udało mi się właściwie odpowiedzieć. Co więcej, potrzeba okazała się ogólnopolska, bo po tym wydarzeniu pojawiły się zaproszenia z Mazowsza, Małopolski, Lubuskiego i innych rejonów kraju.