W komentarzu do poprzedniego tekstu, na temat prywatyzacji szkolnictwa, Michał Błaszczyński napisał:
„Mam przeczucie ,że ta teoria jest słuszna ,że prywatne jest lepsze,ale w takim razie dlaczego większość prywatnych szkół w Polsce stoi na niskim poziomie ? Pozdrawiam”

Odpowiadam:
Po pierwsze, w Polsce nie ma szkół prawdziwie prywatnych. Ani uczelni – bo te, jak sądzę, ma Pan na myśli. Każda uczelnia ma narzucony przez państwo program, wymagania biurokratyczne, które musi spełniać i normy, które nadają jej z góry ustalony kształt. To trochę tak, jakby państwo nakazało prywatnemu sklepowi sprzedawać wyłącznie ocet, sól i cukier a na kasie, w ramach walki z dyskryminacją, zatrudnić kogoś z, nazwijmy to nowocześnie, dyskalkulią. Branie takiego sklepu za przykład poziomu prywatnych inicjatyw byłoby absurdalne…

Po drugie, bardzo ważne: te pseudoprywatne uczelnie faktycznie często (ale nie zawsze) mają niższy poziom niż państwowe, ale właśnie DLATEGO, że państwowe istnieją.
Ponieważ istnieją, absolwenci szkół średnich stają przed „wyborem”: albo będę studiował na uczelni bezpłatnej, albo na uczelni, w której będę musiał co miesiąc płacić czesne.
Zatem: za wybór uczelni państwowej są sowicie, finansowo, wynagradzani a za wybór uczelni półprywatnej – karani. Ot, metoda kija i marchewki…
Naturalne więc, że biją się o miejsce na uczelni państwowej. A skoro się biją, to wygrywają najzdolniejsi i to właśnie ich obecność na uczelniach decyduje o wyższym poziomie tych państwowych!

Wracając do przykładu ze sklepem: to tak, jakby państwo płaciło 100 PLN każdemu, kto zrobi zakupy w państwowym sklepie. Fakt, że wtedy ten prywatny miałby mniej klientów nie świadczyłby o tym, że państwowe działa lepiej!

Zadziwiające jest to, że mimo tej skrajnie nieuczciwej konkurencji między placówkami istnieją szkoły i uczelnie półprywatne, którym państwowe nie dorastają do pięt… jak bardzo nieudolnie musi działać państwowa uczelnia, jeśli przegrywa konkurencję z prywatną, za którą jej studenci są z urzędu karani!